Gwarancja najniższej ceny! Daj nam znać jeśli produkt możesz kupić taniej w innym sklepie. Wkrótce otrzymasz naszą ofertę :)
Darmowa dostawa od 70,00 zł

Ace Pro 2 na skraju kosmosu: misja, w której jedna drobna rzecz mogła zepsuć wszystko

Ace Pro 2 na skraju kosmosu: misja, w której jedna drobna rzecz mogła zepsuć wszystko

Najpierw jest cisza.

W magazynie leży kapsuła – niepozorna, lekka, zbudowana tak, żeby nie zabrać ani jednego grama więcej niż musi. Obok niej kamera: Insta360 Ace Pro 2. Sprzęt, który zwykle ląduje na kasku, kierownicy, desce albo w dłoni… a dziś ma polecieć tam, gdzie nie ma „pogody”, tylko prawie próżnia, -65°C i światło tak ostre, że potrafi zdemaskować każdy błąd ekspozycji.

I właśnie w tym tkwi napięcie tej historii: to nie jest film, w którym po wciśnięciu REC reszta dzieje się sama. Tu wszystko może pójść źle jeszcze zanim ktokolwiek spojrzy w niebo.


Ekipa, która już raz próbowała odpalić fajerwerki w stratosferze… i do dziś pamięta ten ból

Za misją stoi Sent Into Space – ekipa od komercyjnych lotów „near space”, działająca od 2011 roku i mająca za sobą ponad 1000 lotów. To ludzie, którzy robią rzeczy z pogranicza inżynierii, filmu i marketingu – i wiedzą, że największe dramaty dzieją się w detalach.

W ich opowieści jest moment, który ustawia klimat: kiedyś postanowili sprawdzić, czy da się odpalić pokaz fajerwerków w „kosmosie”. I co? Trzy pierwsze loty ucięte przez nagłe załamanie pogody. Potem seria usterek. Projekt odłożony, bo… trzeba było ochłonąć.

To nie brzmi jak PR. To brzmi jak ostrzeżenie: nawet doświadczeni potrafią przegrać z warunkami.


Plan lotu: zaczyna się od wiatru, nie od balonu

W dniu startu najważniejsze pytanie nie brzmi: „czy kamera nagrywa?”.
Najważniejsze brzmi: skąd startujemy?

Sent Into Space ma w Wielkiej Brytanii ponad 15 miejsc startowych, dostępnych praktycznie „na szybko”, właśnie po to, żeby wybierać lokalizację pod pogodę i prognozowaną trasę.

A prognoza to nie jest aplikacja z ikoną chmurki. Oni karmią model danymi pogodowymi z ponad 100 tysięcy źródeł, budują symulację wiatrów i na tej podstawie planują wznoszenie oraz zejście tak, żeby przewidzieć miejsce lądowania nawet z dokładnością do „kilkuset metrów” już na starcie.

I tu pierwszy moment napięcia: jeśli pomylisz się teraz – później nie ma „poprawki”. Kapsuła nie zawróci.


Kapsuła i balon: czysta fizyka, zero paliwa

Nośnikiem nie jest rakieta. To balon z biodegradowalnego lateksu wypełniony wodorem, który daje wyporność bez spalania paliwa. Wodór ma być odnawialny i bez efektu cieplarnianego, a część elementów konstrukcji powstaje lokalnie – m.in. z użyciem druku 3D i formowania włókna węglowego, żeby ograniczać odpady i logistykę.

Tyle teoria. Praktyka? Wciąż chodzi o to, by kamera wróciła na Ziemię z materiałem. A do tego potrzebujesz kapsuły lekkiej, ale sztywnej; prostej, ale modularnej; gotowej na to, że „na górze” przestają działać intuicje z dołu.


Start: wypuszczasz i… już niczego nie cofniesz

Balon idzie w górę spokojnie, niemal bez dźwięku. To nie jest spektakularne.
Spektakularne zaczyna się później.

Im wyżej, tym bardziej świat robi się „nienaturalny”. Niebo ciemnieje. Horyzont się odsuwa. A elektronika zaczyna pracować w warunkach, które dla większości sprzętów są jak test wytrzymałości bez litości:

  • prawie próżnia, bo ponad 99,5% atmosfery jest już pod spodem,

  • temperatura ok. -65°C, więc baterie muszą być izolowane, bo chemia w zimnie zwalnia,

  • i coś, czego mało kto się spodziewa: ciepło nie ma gdzie uciec tak jak na Ziemi.

 

Na dole elektronika oddaje temperaturę do powietrza. Tam… nie ma powietrza w sensownym znaczeniu. Jeśli urządzenie liczy na chłodzenie wentylatorem, to nagle okazuje się, że wentylator miesza „nic”. I wtedy zaczynają się problemy – dlatego ekipa podkreśla, że kamery z wbudowanym chłodzeniem wymuszonym potrafią wymagać przeróbek, a konstrukcje bez takiego rozwiązania bywają w near space bardziej niezawodne.


Największy wróg: światło, które nie wybacza

W pewnym momencie dzieje się coś, co trudno sobie wyobrazić bez tego lotu: słońce przestaje być „słońcem z Ziemi”.

U nas światło rozprasza atmosfera – dlatego niebo jest niebieskie, a kontrast często łagodniejszy. Tam, ponad atmosferą, tego rozproszenia prawie nie ma. Według opisu ekipy słońce wygląda nawet o ok. 60% jaśniej.

I to jest kluczowy element napięcia: możesz mieć najlepszą kamerę świata, ale jeśli zamontujesz ją odrobinę źle, złapiesz zły kąt, złą ekspozycję – wracasz z „prawie”. A „prawie” w near space jest tak samo bolesne jak „nic”.

Sent Into Space mówi wprost: największym wyzwaniem bywa zamontowanie kamer idealnie, tak żeby „zebrały wszystko” i jeszcze w najlepszym świetle.


Dlaczego Ace Pro 2? Bo w kosmosie liczy się masa i kadr

I tu wchodzi Ace Pro 2 – nie jako „kamera, która zobaczyła coś, czego inne nie widzą”, tylko jako narzędzie, które w tym środowisku ma sens.

Ekipa podkreśla trzy rzeczy:

  • mocna specyfikacja,

  • super szerokie pole widzenia,

  • oraz to, co w lotach near space jest złotem: mała, lekka konstrukcja.

 

Do tego dochodzi praktyka pracy: możliwość zdalnej kontroli i korekty ustawień dzięki połączeniu z aplikacją, kiedy trzeba „podkręcić” parametry przed startem lub na etapie przygotowań.


Szczyt lotu: 38 kilometrów ciszy

Wreszcie: około 38 km nad Ziemią.
To ten moment, kiedy obraz zaczyna wyglądać jak ujęcie z innego świata. Planeta nie jest już „krajobrazem”. Jest kulą. Chmury układają się w warstwy. Linia horyzontu przestaje być linią.

A Ty wiesz jedno: jeśli teraz kamera przestanie nagrywać – nie ma powtórki.

Lot standardowo trwa około 2,5 godziny od startu do odzyskania kapsuły, ale w razie problemów mogą go skrócić.
To oznacza 150 minut, w których wszystko musi działać: zasilanie, zapis, stabilność termiczna, mocowanie, telemetria.


Powrót: druga połowa thrillera

Wielu myśli, że najtrudniej jest „polecieć”.
Near space uczy, że równie trudno jest wrócić i odzyskać.

Tutaj Sent Into Space gra podwójnie: kapsuła ma dwa niezależne systemy śledzenia – jeden satelitarny, drugi radiowy (szyfrowany). Dzięki temu mogą obserwować pozycję w czasie rzeczywistym i ustawić się pod trajektorią tak, by być niemal od razu po lądowaniu.

I to jest finał w stylu filmowym: wiesz, że materiał istnieje… ale dopóki kapsuła nie jest w rękach ekipy, wciąż istnieje ryzyko, że cała misja skończy się niedopowiedzeniem.


Epilog: „to było proste”… powiedzieli ci, którzy wiedzą, co to znaczy „trudne”

Najlepszy paradoks tej historii? Sent Into Space – po tysiącu lotów – nazywa ten lot „relatywnie prostym”.
Tyle że „prosty” w ich słowniku oznacza: działało, wróciło, nie było awarii, a obraz dowiózł efekt.

I właśnie dlatego ta relacja zostaje w głowie: bo to nie jest bajka o gadżecie. To opowieść o tym, jak daleko można pchnąć sprzęt konsumencki, kiedy trafi w ręce ludzi, którzy nie boją się puścić go w górę… i potem go jeszcze odzyskać.

Polecane

Prawdziwe opinie klientów
4.9 / 5.0 835 opinii
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixelpixelpixelpixelpixel